Jedz. Módl się. Kochaj. – to takie proste?

Właśnie na ekrany wszedł nowy film Rayana Murphyego „Jedz, módl się i kochaj” – „Eat. Pray. Love.”, na który długo czekali fani powieści Elizabet Gilbert pod tym samym tytułem. Książka została wydana w 2006 roku i przez 182 tygodnie widniała na liście najlepiej sprzedających się tytułów w Stanach Zjednoczonych. Do tej pory sprzedało się około 7 milionów egzemplarzy na całym świecie…wynik naprawdę imponujący!

Co takiego jest w książce i w filmie, że tak wiele osób utożsamia się z trzydziestokilkuletnią bohaterką Elizabeth Gilbert? Najpierw zajmiemy się filmem, recenzja książki pojawi się na BeInspired wkrótce. Film, jak powszechnie uważają fani książki, zdecydowanie nie odzwierciedla tego, co chciała ukazać w powieści Autorka. Dla osoby, która przed seansem książki nie czytała, odbiór jest zatem zupełnie inny. Film jest sympatyczny, kolorowy, momentami śmieszny, bohaterowie zabawni, krajobrazy i screeny z włoskim jedzeniem zachwycają i wzbudzają niekłamaną zazdrość widza :-) Czy coś więcej? Nie bardzo. Film to naprawdę kawałek porządnej rozrywki, przyjemnie spędzone 2h w kinie i naprawdę pozytywne przesłanie końcowe. Do tego Julia Roberts w dobrej kondycji i przystojny, aczkolwiek trochę zbyt wrażliwy, Javier Barden.

Głębokich przesłań, pogłębionej analizy postaci i ich problemów nie ma co jednak po filmie się spodziewać. Problemy przedstawione są skrótowo, przez co niewtajemniczeni widzowie zadają sobie w duchu pytanie „no i co z tego?” ewentualnie stwierdzają „też mi problem”. Elizabeth Gilbert – trzydziestokilkuletnia kobieta staje na rozstaju dróg. Doszła do takiego punktu swojego życia, kiedy mimo kochającego męża, pięknego domu i dobrej pracy, nic jej nie cieszy. Straciła apetyt na życie. Co gorsza nie bardzo wie, jak go odzyskać, a jedyne co sprawia jej jakąkolwiek przyjemność to podróże. Jest punkt zaczepienia, więc Elizabeth postanawia spędzić rok w krajach zaczynających się na literę I – Italia, Indie i Indonezja (Bali).

W trakcie podróży, jak łatwo się domyślić, Elizabeth odzyskuje kontakt z samą sobą i nareszcie zaczyna pojmować kim naprawdę jest. Nie można odmówić filmowi faktu, że nieźle pokazał kilka sytuacji z życia bohaterki – przede wszystkim tego, że do tej pory nigdy nie była w stanie być sama ze sobą, zawsze była w jakimś związku, w który właśnie wchodziła, który się nie układał, który wreszcie należało zerwać i tak bez końca. Ciężko być sobą funkcjonując ciągle w kontekście kogoś innego. Dodatkowo dobrze pokazano, że bohaterka „pędziła do tej pory zawsze przed siebie” – początkowo minutowa medytacja była dla niej prawdziwą męką.

Podsumowując film zdecydowanie warto obejrzeć, jest przyjemny dla oka, pozytywny dla ducha i zapewnia wystarczająco dużo powodów do uśmiechu, by wyjść z niego w bardzo dobrym nastroju. Co do książki relacja wkrótce.

You may also like...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *